O autorze
Z wykształcenia jestem matematykiem. Działam na rzecz poprawy przestrzeni miejskiej, zgodnie z zasadami zrównoważonego transportu. Jestem członkiem stowarzyszeń "Zielone Mazowsze", "Ochocianie Sąsiedzi", a także radnym dzielnicy Ochota w Warszawie.
Jestem zwolennikiem skandynawskiego modelu gospodarczego i społecznego.

„Spytaj milicjanta, on ci prawdę powie! Spytaj milicjanta, on ci wskaże drogę!”

Wikipedia, autor: Ming44
Były milicjant Jerzy Dziewulski chce razem z pisowskim ministrem cofnąć nas z powrotem do czasów PRL, gdzie rowerzyści byli poddawani restrykcjom nieznanym nawet w Związku Radzieckim.

„Z praktyki i statystyk wynika jasno, że liczba wypadków z udziałem rowerzystów wzrasta” orzekł nasz specjalista na antenie TVN, wspierając pomysł ministra Adamczyka, dotyczący wprowadzenia obowiązkowej karty rowerowej. Owszem wzrasta. Bowiem, gdy wzrasta liczba użytkowników danego typu, jest to zjawisko nieuniknione. Tylko w Warszawie wg pomiarów ruchu liczba rowerzystów w ciągu ostatnich 10 lat wzrosła trzykrotnie. Liczba wypadków z udziałem rowerzystów rośnie dużo wolniej. Pomiędzy latami 2007 a 2014 liczba wypadków i kolizji wzrosła o zaledwie 30%. Oznacza to, że jeżdżenie rowerem jest znacznie bardziej bezpieczne niż jeszcze kilka, kilkanaście lat temu. Czyli mamy zjawisko dokładnie odwrotne do tego, które sugeruje nam były poseł.



Dalej Jerzy Dziewulski twierdzi, że „wśród sprawców mniej jest tych, którzy mają karty” - co jest stwierdzeniem o tyle absurdalnym, że takich danych nie ma. Karta rowerowa nie obowiązuje w Polsce od 1998 roku, kiedy dostosowano polskie przepisy do standardów prawa obowiązującego w krajach „cywilizowanych.” Nie da się więc stwierdzić czy wśród sprawców jest ich mniej czy więcej. Wiemy natomiast kto odpowiada za większość wypadków z udziałem rowerzystów: wg raportu policji za rok 2014, za ponad 63% wypadków winę ponoszą kierowcy. Nagminną przyczyną jest nieudzielanie pierwszeństwa przejazdu przez kierowców, czyli przez osoby z potwierdzoną urzędowo znajomością przepisów w postaci prawa jazdy. Wynika z tego, że jeżeli chcemy poprawić bezpieczeństwo rowerzystów na drogach, to przede wszystkim należy zacząć od edukacji kierowców pod kątem przestrzegana prawa względem cyklistów.

Następnie nasz były milicjant bierze na cel Warszawską Masę Krytyczna, która wg niego złośliwie blokuje drogi, demoralizuje i jest bezkarna. Nigdy nie byłem organizatorem, ani nie jestem obecnie zwolennikiem tego wydarzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że jej uczestnicy podlegają takiemu samemu prawu jak wszyscy inni i mają prawo demonstrować swoje poglądy w sposób, miejscu i czasie jaki uznają za słuszne. Gwarantuje to Konstytucja, która każdemu przyznaje prawo do wolności zgromadzeń. Nazywanie zgłoszonej, legalnej i ochranianej przez służby mundurowe demonstracji jako „bezkarnej” to powrót do standardów systemu komunistycznego sprzed 1989 roku. Kiedy koledzy pana Dziewulskiego z milicji i ZOMO pałowali i rozpędzali tych, którzy śmieli wyjść na ulice.

Pomysł wprowadzenia karty rowerowej przez ministra infrastruktury Adamczyka należy rozpatrywać w kontekście pisowskiej ideologii, wyrażonej słowami ministra Waszczykowskiego, że jeżdżenie rowerem jest niezgodne z tradycyjnymi polskimi wartościami. Przede wszystkim taki twór nie istnieje w żadnym europejskim kraju. Jej obowiązek w czasach PRL to pozostałość najgorszego przejawu prawa carskiej Rosji z XIX wieku, kiedy do jazdy na rowerze wydawano „paszport”. „Pozwolenie” na jazdę rowerem nie było wymagane nawet w Związku Radzieckim.

Największą zaletą roweru jest właśnie to, że jazda na nim nie wiąże się z żadną biurokracją, daje poczucie wolności i niezależności – dlatego coraz więcej osób w obecnym, tak bardzo poddającym się kontroli świecie, decyduje się na nią. Wprowadzenie obowiązku posiadania karty rowerowej przyczyni się przede wszystkimi do tego, że to poczucie wolności zostanie drastycznie ograniczone. Gdy zamiast o jeździe na rowerze będziemy myśleć o tym, że najpierw trzeba iść na komisariat (inaczej czeka nas mandat), pamiętać o zabraniu karty ze sobą (jak nie, to mandat), pilnowaniu czy karta nie straciła daty ważności (też mandat) to wielu osobom odechce się wskakiwać na rower, żeby pojechać po bułki do sklepu. I odnoszę wrażenie, że to jest główny cel wprowadzenia tej zmiany: skoro rowerzyści są „niezgodni z tradycyjnymi wartościami polskimi”, to należy zniechęcić i ograniczyć liczbę rowerzystów do minimum, uprzykrzając przepisami korzystanie z roweru jak tylko się da.

Oczywiście nie oznacza to, że kwestia poprawy znajomości przepisów i bezpieczeństwa jest nie warta uwagi. Do tego nie należy jednak rozbudowywać i tak już rozbuchanej ponad wszelkie granice biurokracji. Postulowany przez posła Dziewulskiego „2-godzinny kurs” też nie pomoże. To za mało czasu, żeby nauczyć się wszystkich przepisów prawa, potrzebnego do poruszania się po mieście. Wystarczy sięgnąć jednak do sprawdzonych wzorców holenderskich, kraju o najwyższym udziale ruchu rowerowego na świecie, a jednocześnie jednego z najbardziej bezpiecznych. W Holandii istnieje obowiązkowe dla każdego ucznia przeszkolenie rowerowe, w ramach przedmiotów szkolnych, traktowane podobnie jak reszta przedmiotów, których dzieci uczą się w szkole. Jeżeli chcemy poprawić świadomość i bezpieczeństwo rowerzystów, zamiast obowiązku karty rowerowej należy jak najszybciej wprowadzić do szkół normalny, semestralny przedmiot o nazwie „Wychowanie komunikacyjne”. Jego obowiązkowym elementem powinna być nauka jazdy na rowerze w zgodzie z przepisami prawa. Nie tylko wpłynęłoby to pozytywnie na przestrzeganie prawa wśród rowerzystów, ale mogłoby także zachęcić młodzież do wybierania tego środka transportu w dojeżdżaniu do swoich szkół.


Szkolenie uczniów w Utrechcie.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...